Rozdział 2.Nowa,piękna znajomość

Chłopcy zajechali na lotnisko,nikt do tej pory się nie odezwał.

-Ej,który ma bilety?-zapytał Ray.

-Ja mam-powiedział Bob-bo wy byście zapomnieli w tym pośpiechu.

Poszli w stronę samolotu,kiedy któryś się odezwał:

-Gerard poczekaj na mnie tutaj,muszę iść do toalety.-odrzekł po cichu braciszek i pobiegł.

Gerd cierpliwie czekał na brata,kiedy nagle zadzwonił do niego telefon.

-Mikey?Co jest?Noga ci wpadła do sedesu czy co?

-Nie wygłupiaj się.Ktoś mnie zamknął w łazience, pomóż.

-Okay,idę na ratunek-zaśmiał się G.

Kiedy Gee chciał otworzyć drzwi,nie udało mu się,naprawdę ktoś zamknął je na klucz.Pobiegł do informacji.Usłyszał po drodze z głośników: lot do Francji za pięć minut.Czym prędzej szukał kogoś kto otworzyłby drzwi.Nikogo nie mógł znaleźć.Wtem pośliznął się na świeżo umytej podłodze.Jakiś mężczyzna podał mu rękę.Był to sprzątacz.

-Czy otworzy pan drzwi od toalety?-zapytał zdyszany białowłosy.

-Oczywiście.A czy coś się stało?-spytał woźny wyciągając klucz z kieszeni.

Way w złości pomyślał:”Tak,szczać mi się chce”,ale szybko się rozmyślił,aby tak powiedzieć.

-Zamknięto tam mojego brata i śpieszymy się na samolot.

Uratowali zatrzaśniętego Mikey’ego i oboje popędzili do samolotu.

-Gdzie wyście byli?Zebrało się wam na podryw?-zapytał rozbawionym głosem Frank.

-Nie Franiu,Majkiego zamknięto w toalecie.

Cała trójka wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.Tak rozpoczął się lot Chemicznych do Paryża.Trochę przysypiali,słuchali muzyki oraz czytali książki.Nagle Gerard usłyszał za sobą cichutki śpiew dziewczęcy.Próbował wsłuchać się co śpiewa,ponieważ było mu to znane.Nie odwracając się do dziewczyny zapytał:

-Cześć.Co teraz tak ładnie śpiewasz?-powiedział zmienionym głosem,aby nikt go nie poznał.

Dziewczyna wyjęła jedną słuchawkę z ucha i grzecznie odpowiedziała na pytanie.

-Proszę pana,nie umiem śpiewać,ale to maja ulubiona piosenka,więc jak tu jej zaprzeczyć.-mówiła dalej z uśmiechem na twarzy-To piosenka”Welcome to The Black Parade”,mojego ukochanego zespołu,My Chemical Romance.

Way uśmiechnął się do siebie,zrobiło mu się ciepło w sercu.

-A kto należy do tej kapeli,podoba ci się ktoś tam?-ponownie spytał,nadal nie odwracając się do fanki.

-Hehe,dziwne,że pan o to pyta,ale jak chce pan wiedzieć,to powiem.

-Lubię się dowiadywać czego teraz młodzież słucha-powiedział Gee z wielkim uśmiechem,którego ona nie widziała.

-Nie chce mi się pan pokazać,więc zacznę wymieniać.To tak,zespół powstał w dwutysięcznym pierwszym roku,a są w nim:Frank,Mikey i jego brat Gerard,Ray oraz Bob.Wszyscy są super,nie umiem wybrać jednego.-zaśmiała się fanka.

-A lecisz do Paryża na ich koncert?-spytał z błyskiem w oczach Gee.

-Taak,ale skąd pan o tym wie?-i zajrzała kto siedzi w fotelu przed nią.-Ge…ge…W…wa-i zemdlała z lekkim uśmiechem.

Nasz kochany człowiek-stop serce zaczął szukać wody w plecaku.Kucnął przed fanką,szturchnął ją,dał jej się napić i wyszczerzył ząbki.Ona przetarła oczy z niedowierzaniem,że to właśnie w całej swej okazałości-Gerard Way,jej idol podaje dla niej wodę.

-Już dobrze mała.-odrzekł białowłosy.

Ona nie wiedziała co powiedzieć,więc go przytuliła.Gerd odwzajemnił uścisk i szepnął fance coś do ucha.Zaśmiała się i wypuściła z uścisku wokalistę.

-To jak ma na imię nasza wielbicielka?-spytał,siadając na wolne miejsce przy niej.

-Nazywam się Julia,urodziłam się w Polce,ale mieszkam w USA.

-I lecisz dla nas,aż do Francji,nie wiedziałem,że fani tak nas kochają.-ciepło się zaśmiał.

-Oj,nawet nie wiesz jak bardzo-powiedziała i nagle posmutniała.

-Co się stało,jeszcze źle się czujesz po tym wypadku co był przed chwilą?-opiekuńczo zapytał Way.

-Nie,tak tylko,coś mi się przypomniało…-odpowiedziała spuszczając głowę w dół.

-Jeśli chcesz,to powiedz mi co cię trapi,a postaram się pomóc.-schylił się do spuszczonych oczu Julii.

Były szklane,pełne łez.Gerard podał dziewczynie chusteczkę.

-Moja przyjaciółka,ona też była waszą fanką,ale nie może tu być ze mną,bo…umarła.-powiedziała cichym głosem,płacząc.

-Jula,śmiało,przytul się i wypłacz.Jestem od pomagania.-szepnął na ucho fance.

-Ona, Laura,miała ciężką chorobę i…-mówiła coraz bardziej płacząc.

-Spokojnie,pewnie cię teraz widzi z nieba i nie chce abyś się smuciła.-pocieszał dalej muzyk-zadedykuję dla was piosenkę,obiecuję.-uśmiechnął się.

-Dziękuję za dodanie mi otuchy Gee-jesteś wspaniały-i rzuciła się mu w ramiona.

Zobaczył to przeciągający się Frank.

-No proszę,my tu śpimy,a wokalista panny wyrywa,nawet w samolocie-powiedział rozweselony Iero.

Zielonooka z rumieńcami puściła Way’a.Szybko włożyła słuchawki z powrotem w uszy i tylko zerkała na Chemicznych.

-Co ty taki wścibski Franiu?-i trzepnął go w głowę.

Rozdział 1. Pobudka z…

-Frank! Ty śpiochu,wstawaj! - zaczął krzyczeć i szturchać kolegę Bob.

-Ehh,odejdź rudzielcu,daj mi się wyspać! - odpowiedział,zakładając kołdrę na głowę,Iero.

Bob pobiegł budzić resztę ekipy.Jego starania poszły na marne.Zszedł na dół do salonu i włączył laptopa.Znalazł na Youtube utwór.Podłączył do niego głośniki i ustawił dźwięk na fulla.Włożył zatyczki do uszu.

-No trudno chłopaki,nie chciałem tego robić,ale cóż. - powiedział sam do siebie.

Nagle głośna muzyka rozniosła się po całym domu.Wszystko dudniło i jakiś piskliwy głosik śpiewał : ” Baby,baby,baby oh like…” Wtem ktoś sturlał się ze schodów i zaczął przeklinać.

-Fuck,fuckk,wyłączcie tego małolata!Czy już smażę się w piekle?!-krzyczał obolały,leżący na podłodze białowłosy.

Zbiegło na dół,potykając się o swojego przyjaciela,jeszcze trzech mężczyzn.Cała czwórka leżała i jęczała na podłodze.Bob wyłączył muzykę i wyjął zatyczki.

-Ałaa! Mikey złaź ze mnie,twoja ręka miażdży mi nogę! - zawył Frank.

Basista powoli wstał i pomógł podnieść się dwóm facetom.Białowłosy nadal biadolił leżąc w bezruchu.W końcu schylił się do niego rudzielec i zapytał : 

-Wszystko gra,stary? - i wyciągnął do niego dłoń.

-Bob?To ty?Pomóż mi.-chwycił rękę przyjaciela i przewrócił go na zimną podłogę.

-Gerard,co ty robisz?-powiedział ze śmiechem leżący Bryar.

-Ja?Co ty zrobiłeś?!Przez ciebie będę miał milion siniaków.-rzucał się G.

-Stary,czego się martwisz i tak dziewczyny będą się za tobą uganiać-dalej śmiał się rudzielec.

-Czemu włączyłeś to okropieństwo?!-zapytała się cała czwórka naraz.

-Nie mogłem was obudzić,więc…-odrzekł Bob.

-Po co,do licha,nas obudziłeś,dupku.-powiedział trzymając się za głowę Ray.

-Mamy samolot za pół godziny,cymbały!-odpowiedział rudy.

Dyskusja się skończyła,a zaczęła bieganina i harmider.Bob parzył dla każdego kawę,a reszta poszła się ubierać.Było słychać tylko pojedyncze odzywki typu: Mikey,oddawaj moją drugą skarpetkę lub czemu umyłeś zęby moją szczoteczką Frank.Tak minęło piętnaście minut naszych śpiochów.Umyci,ubrani zeszli wypić kawę.Bez słowa wyszli z domu,zamknęli drzwi na klucz i wsiedli do samochodu.

Hej :)

Uwielbiam zespół My Chemical Romance,więc postanowiłam pisać tutaj moje opowiadanie o nich. Wiem,że kapela się rozpadła,ale nadal mam nadzieję na powrót.Będę pisać w czasach “The Black Parade”. Będę się starała dodawać rozdziały jak najszybciej.Bohaterowie będą miewali wzloty,ale też upadki.Serdecznie zapraszam.Mam nadzieję,że ktoś będzie to czytać…piszcie czy wam się spodobało :)    xoxo